Fundacja
Serce Dziecka
im.D.Radziwiłłowej
ul. Narbutta 27/1
02-536  Warszawa
(22) 848 07 60
605 882 082
NIP 951 220 72 00
 
Fundacja Serce Dziecka   Fundacja Serce Dziecka
 KRS 0000266644

 Nr konta:
17 1160 2202 0000
0000 8297 2843


 
Jesteśmy również na:

 
   


PARTNERZY

FSD NASZE DZIECI nie zapomnimy Ksawier Dąbrowski
PDF Drukuj Email

Ksawierek 
HLHS



ur. 01.10.2006 zm. 03.10.2006.
 
Byłam jeszcze niepełnoletnia, kiedy zaszłam w ciążę. Do osiemnastki brakowało mi prawie 4 miesiące. Byłam bardzo szczęśliwa, kiedy pani dr Sz. potwierdziła wynik testu ciążowego. Na tej wizycie byłam z chłopakiem (obecnie mężem). Jeszcze w ten sam dzień powiedzieliśmy rodzicom. Przyjęli to do wiadomości dość dobrze, więc pomyślałam: "Jeśli przetrwałam nawet to, to teraz będzie już wszystko dobrze"...
Nikt nie przeczuwał nadchodzącej tragedii...

alt
Wszystko przebiegało wyśmienicie tak mniej - więcej do 6 miesiąca ciąży. USG i inne badania bardzo dobre.
Pod koniec lipca, na tydzień przed moim ślubem cywilnym pani dr Sz. stwierdziła, że wchodzę w stadium gestozy i to może być niebezpieczne, dlatego lepiej żebym poszła na kilka dni do szpitala. Nie zgodziłam się. Wobec tego w poniedziałek po ślubie miałam się zgłosić niezwłocznie do poradni. Wtedy już zgodziłam się na szpital. W ciągu tych kilku dni w szpitalu spadłam na wadze i opuchlizna zmalała. Dlatego wróciłam do domu. Niecały miesiąc później trafiłam znowu do szpitala...
Było to w dzień poprawin ślubu mojej szwagierki.
Wymiotowałam, miałam bóle podbrzusza. Nie wiedziałam, że to skurcze! Rodzice zawieźli mnie do szpitala. Tam okazało się, że zaczęła się akcja porodowa. Miałam połowę rozwarcia. Jednakże dzięki kroplówkom lekarze zatrzymali poród. Po jakichś 2 tygodniach pobytu wróciłam do domu.
29 września moje dziecko przestało się ruszać. Ale powiedziałam sobie, że poczekam do jutra. Następnego dnia też nic. Popołudniu tego dnia pojechałam kolejny raz do szpitala. Prosto na badanie KTG. Były okresowe twardnienia brzucha. Znowu zaczęła się akcja porodowa. Znowu kroplówki... Udało się zatrzymać poród, ale......
Następnego dnia rano znowu czułam twardnienie brzucha, a dziecko dalej się nie ruszało.... Znowu badanie KTG i w między czasie mój mocz "poszedł" do laboratorium.
Wyniki katastrofalne! Lekarze dziwili się, że jeszcze nie dostałam "rzucawki", w ogóle że jeszcze żyje... Białka w moczu było ponad 10.000mg/100ml!!!!!! Lekarze szybko zdecydowali, że muszę być przewieziona natychmiast do Zabrza - bo w razie czego nie będą w stanie mi tu pomóc.
 
altZnalazłam sie szybko w Zabrzu. Głodna, zmęczona, słaba, z wysokim ciśnieniem (190/110) trafiłam na porodówkę. Dostawałam kroplówki, jakieś zastrzyki. Jeden z nich pamiętam. Siostra powiedziała, że to dla płucek dzidziusia, gdyby dzisiaj się urodził... Ciśnienie ciągle nie spadało. Były skoki.... Kiedy w końcu postanowiłam zasnąć, przyszedł do mnie lekarz, który mnie przyjmował i zaproponował mi żebyśmy teraz zrobili "cesarskie cięcie", że on nie czekałby dłużej, potrzebna jest tylko moja zgoda....
Oczywiście zgodziłam się. Przed tym zadzwoniłam do męża, żeby go powiadomić.
01.10.2006 o godzinie 22.50 usłyszałam pierwszy krzyk mojego synka.
Oto pierwsze zdjęcie (nieco zamazane) mojego syna:

Ksawierek w chwili urodzin miał 41cm i ważył 1kg 580.
Następnego dnia mój mąż pierwszy raz zobaczył swojego syna. Miał łzy w oczach, kiedy zobaczył takie maleństwo w inkubatorze. Byliśmy tacy szczęśliwi. Nie przeszło nam przez myśl, że możemy go stracić. Wiedzieliśmy, że ma kłopoty z oddechem - jak to wcześniaki...
 
 
03.10 przyszła do sali pani dr neonatolog i powiadomiła mnie, że stan dziecka się pogarsza i że zakłada mu rurkę intubacyjną. Dała mi do podpisania dokument, w którym zgadzam się w razie czego na operację dziecka. Niemniej jednak uspokoiła mnie. Dalej nie podejrzewałam, że spotka mnie tragedia...
Później wieczorem przyszła do mnie jeszcze raz i powiedziała, że stan jest krytyczny i że karetka zabiera moje dziecko do innego szpitala, również w Zabrzu. Chwilę potem poszłam się pożegnać z synkiem, jednak nie wiedziałam, że to ostatni raz...
Mogłam dłużej dotykać moje dziecko przez otwór w inkubatorze. Dotykałam jego delikatnej buzi i rączki, był taki spokojny....
Wieczorem mąż, moi rodzice i teściowa pojechali do małego. Zdążyli może jakieś 20 minut przed śmiercią... Mąż przy nim był do samego końca.... Siostry ochrzciły mojego synka jako Wojciecha. Jeszcze żył, kiedy mąż spytał czy można go przechrzcić tak jak chcieliśmy - Ksawier Krzysztof..... Niedługo potem odszedł nasz syn.... Lekarz powiedział, że nigdy w swojej karierze medycznej nie podawał wcześniakowi tak wielkich dawek leków, które mimo wszystko nie pomagały...
Tego dnia wieczorem poczułam coś dziwnego....
Następnego dnia rano, kiedy wracałam z pokoju laktacyjnego, zobaczyłam na korytarzu mojego męża. Przyszedł mi przekazać wiadomość.... Nic nie musiał mówić... W momencie zrozumiałam, że Ksawierek odszedł.... Krzyczałam: "Dlaczego??? Dlaczego mój syn??? Nieeeee!!".
Dostałam silny zastrzyk uspokajający.....
07.10 odbył się pochówek naszego synka. Potem jeszcze miesiąc czekaliśmy na wyniki sekcji zwłok. Okazało się, że Ksawieruś miał krwiaka na mózgu i wadę serduszka. Znałam tylko opis tej choroby. Kiedy niedawno trafiłam na stronę sercedziecka.org.pl dowiedziałam się, że to HLHS...
Po naszym synku zostały nam tylko (albo aż) wspomnienia i grobik:
 
alt
Już na Wielkanoc stanie na tym miejscu pomniczek, a na nim napis: "Z MIŁOŚCI ZRODZONY, MIŁOŚCIĄ POZOSTANIESZ".....
Dziękuję Bogu, że podarował mi chociaż dwa dni z moim synkiem. To były najpiękniejsze chwile w moim życiu...

PS: Kocham cię synku!!!

Monika Dąbrowska
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
 
© 2012 Fundacja Serce Dziecka. Pomagamy dzieciom z wadami serca.