Aleksander Suszek

 
 
Nasz syn Aleksander urodził sie 30 XI 2010 roku w Soignies, w Belgii. Poród odbył się poprzez cesarskie cięcie. W trakcie ciąży prowadzona została szeroka diagnostyka. Wielokrotnie badania USG i KTG dawały pomyślne wyniki, dziecko rozwijało się prawidłowo. Wszystko wskazywało na to, że będzie wspaniale. Nikt nie spodziewał się problemów, tym bardziej, że to była druga ciąża. W dniu zabiegu, przez cały czas towarzyszyłem żonie, także na sali operacyjnej. Starsza córka urodziła się również poprzez cesarskie cięcie, więc byliśmy spokojni, wiedzieliśmy jakie będą kolejne etapy zabiegu. Aleksander urodził się ok. godziny 11. Od razu mogliśmy go zobaczyć, pocałować… po czym natychmiast zajął się nim obecny na sali lekarz. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że właśnie rozpoczęła się walka o życie Aleksandra. W chwilę po porodzie, synek przestał oddychać. Po przywróceniu oddechu, został prewencyjnie umieszczony pod namiotem tlenowym i pozostał tak przez następne dwie godziny. To prawdopodobnie pomogło mu przeżyć, gdyż po około godzinie zaczęły sie problemy z nasyceniem krwi tlenem. Lekarze nie mogli zrozumieć przyczyny problemów, początkowo winiąc aparaturę i czujniki. Po kilku godzinach, gdy zsinienie było widoczne podjęta została decyzja o transporcie noworodka do innego szpitala, w którym mógł zostać zdiagnozowany. Po krótkim oczekiwaniu, wypełnionym czynnościami przygotowującymi do transportu, przyjechała specjalna karetka, którą Aleksander został przewieziony do szpitala w La Louviere, na oddział neonatologii. Diagnoza była szokująca: wrodzona wada serca – TGA. Szczęśliwie dla niego, wada była izolowana. Nie stwierdzono innych nieprawidłowości. Wykonane zostały również badania genetyczne, m.in. na mikrodelecje chromosomów.
 








 

 



W ciągu kilku godzin, do szpitala w La Louviere przyjechał zespół specjalistów ze Szpitala Dziecięcego Królowej Fabioli w Brukseli. Podjęto decyzję o niezwłocznym transporcie Aleksandra do Brukseli, gdyż szpital w La Louviere nie jest w stanie uratować tak trudnych przypadków. Tak więc, jeszcze przed północą w dniu narodzin, Aleksander został przetransportowany do Szpitala Dziecięcego Królowej Fabioli w Brukseli, na oddział neonatologii. Od momentu opuszczenia sali porodu, przez cały czas byłem obecny przy dziecku. Pomimo że, lekarze stanowczo to odradzali, podążałem swoim samochodem za karetką reanimacyjną. Żona, z uwagi na to że była kilka godzin po operacji, noc musiała spędzić w szpitalu, w którym urodził sie Aleksander. Jednak jeszcze przed przewiezieniem synka do drugiego szpitala, zapewniono nas, że mama także zostanie przeniesiona za dzieckiem. To było oczywiste. I faktycznie, już następnego dnia rano, została przeniesiona do szpitala Brugman, sąsiadującego z dziecięcym i połączonego krytymi galeriami. Aby dojść do dziecka, musiała przejść korytarzem zaledwie 50 metrów. W Belgii standardem jest, że matka jest zawsze przy dziecku.
 



 






Bezpośrednio po przybyciu do Brukseli i potwierdzeniu diagnozy, wykonano zabieg Rushkinda, po czym Aleksander został umieszczony w oddzielnej sali na oddziale neonatologii, przeznaczonej dla najcięższych przypadków – sala „0”. Od tego momentu zaczęła sie trzydniowa batalia o przeżycie. Niezwykle ciężko było dobrać odpowiednie dawki leków, przewód Botalla zamykał się, wielokrotnie ustawało oddychanie i oddawanie moczu, konieczna była reanimacja. Synek po początkowym ciężkim niedotlenieniu miał wylew, mózg został uszkodzony. Utlenienie krwi było na bardzo niskim poziomie, pomimo podawania tlenu. Lekarze, nie mogąc ustabilizować stanu Aleksandra zdecydowali sie na operację Jaten’a w trzecim dniu życia maluszka. Czas operacji, prawie siedem godzin, spędziliśmy odpoczywając po raz pierwszy od paru dni i zostawiając wszystko w rekach zespołu operacyjnego.
 
Operacja udała się i Aleksander na tydzień trafił na oddział pooperacyjny, gdzie w nadzwyczajnym tempie wracał do zdrowia. W tym czasie przeprowadzone zostały liczne badania, w tym neurologiczne, badanie słuchu i wzroku, które początkowo wykazywały znaczne uszkodzenie funkcji mózgu. Ale z dnia na dzień wyniki były coraz lepsze i po początkowym pesymizmie (lekarze bali się poinformować nas o wczesnych wynikach – a może czekali, co przyniesie czas?) optymizm wziął górę. Po tygodniu od operacji, czyli 11 dnia od urodzenia, Aleksander wrócił na oddział neonatologiczny, na szczęście tym razem do sali ogólnej. Przez następny tydzień nie widziałem już żadnego innego małego pacjenta w sali „0” i oby żaden nie musiał tam trafić.

Przez cały czas pobytu syna na oddziale neonatologicznym oraz pooperacyjnym mogliśmy być przy nim obecni, również przez całą noc. Możliwe było nawet delikatne wyplątanie go z oplatających rurek i trzymanie na kolanach. Pomimo licznych wlewów dożylnych, sączków, cewnika itd. personel wręcz zachęcał do jak najbliższego kontaktu rodziców z nowonarodzonym dzieckiem. Mleko matki było przechowywane i podawane synkowi sondą a później również butelką. Po 8 dniach żona została wypisana ze szpitala i zamieszkaliśmy w przyszpitalnym hoteliku dla rodziców, gdzie za niewielkie pieniądze panowały wspaniałe warunki. Ważne, że gdy tylko nocna pielęgniarka zadzwoniła, że syn jest głodny, po 5 minutach byliśmy już przy nim i nikt z personelu nie tylko nie robił jakichkolwiek problemów, ale też obecność i zaangażowanie rodziców, a szczególnie matki, były wysoce wskazane, a karmienie piersią było absolutnie preferowanym sposobem żywienia małego pacjenta.

  Obecnie, po ponad 6 miesiącach Aleksander pozostaje pod stałą kontrolą kardiologa dziecięcego oraz uczęszcza na rehabilitację 2 razy w tygodniu. Po około trzech miesiącach ustały pooperacyjne problemy z tarczycą. Rozwija się jak każde inne dziecko, i oprócz cieniutkiej, ledwo widocznej blizny na klatce piersiowej, niczym nie różni sie od swoich rówieśników.
 


Facebook Slider

F

o

r

u

m

Facebook Slider