Mateusz Sierant


Mateuszek urodził się 07 lipca 2002 roku w Łodzi. Jest naszym pierwszym, upragnionym i  wyczekiwanym dzieckiem.

alt  
To jest moja mamusia a ja jestem jeszcze w brzuszku
 
Okres ciąży przebiegał bez poważniejszych problemów i ja również czułam się bardzo dobrze. Zależało mi jednak, żeby ciążę prowadził doświadczony lekarz, dlatego chodziłam na prywatne wizyty do ordynatora dr J. Lasoty  Szpitala ginekologiczno-położniczego im. Rydygiera w Łodzi. Kilka razy w drugim trymestrze byłam hospitalizowana ze względu na stawiającą się macicę. Kilkakrotnie kierowano mnie do tego szpitala na badania USG, które nie wykazały żadnej nieprawidłowości płodu. Nic nie wskazywało na to, że dziecko może być chore, dlatego nie nalegałam na żadne dodatkowe, szczegółowe badania. Byłam przekonana, że mój malec urodzi się zdrowiutki.



altDwa tygodnie przed wyznaczonym terminem porodu pojawiły się u mnie skurcze. Rodziłam 12 godzin. W 38 tyg. ciąży ku mojemu zaskoczeniu na świat przyszedł chłopczyk (z USG miała być dziewczynka). Lekarze przyznali mu 9/10 punktów w skali Apgar. Od razu nadaliśmy mu na imię Walduś. Mimo zapewnień lekarza, że będzie to dziewczynka, ja wewnętrznie przeczuwałam, iż urodzę  chłopczyka. Dlatego mieliśmy już wcześniej wybrane dla niego imię. Nie mogłam napatrzeć się na mojego prześlicznego Maluszka (miał zaskakującą ilość ciemnych włosów na główce). Byłam bardzo zmęczona i co chwila wybudzałam się, żeby popatrzeć na mojego synka. Szczęście i duma aż ze mnie kipiały. Niepokoiło mnie jednak, że Mały jest spokojniejszy od innych noworodków i że nie ssie piersi. Lekarze i pielęgniarki zapewniali mnie, że Mały podobnie jak mama jest zmęczony i odpoczywa po porodzie. Wkrótce wszystko miało się unormalizować. Oczywiście rano dziecko zostało zabrane na kąpiel, a wkrótce potem odbył się obchód pediatryczny. Lekarzy nic nie zaniepokoiło. Ponoć wszystko było jak należy. Jednak mineła doba, a dziecko nic nie jadło. Poprosiłam więc pielęgniarkę o dokarmienie. Położono go do inkubatora, ponieważ miał chłodne stópki. Po trzech godzinach znowu dałam Waldusia na dokarmienie. Było około godziny 14.
 
alt alt
To ja przed pierwsza operacją
 
Jestem po operacji i szybko wracam do zdrowia
alt alt
Pojadłem i czas na drzemkę
Z jedzeniem było ciężko


altPotem, to co przeżyłam trudno opisać. Przyszła pielęgniarka i oznajmiła, że Małego musieli zostawić na obserwacji, ponieważ źle wygląda. Za chwile miał przyjść lekarz, ale nie mogłam się go doczekać. Coś było nie tak, ale nic mi nie mówiono co się dzieje. Pisałam jakieś zgody na badania, zabiegi, przetaczanie krwi. Byłam sama i nie wiedziałam, o co chodzi. Wkrótce przyszedł mąż z rodziną w odwiedziny, a ja nie wiedziałam, co jest z dzieckiem. W końcu powiedziano nam, że Małego muszą zabrać do CZMP, ponieważ nie potrafią zdiagnozować co dziecku dolega. Podpisywaliśmy jakieś dokumenty. W końcu kazano nam pożegnać się z dzieckiem. Dopiero teraz go zobaczyłam. Tu nie chodziło o zwykle pożegnanie przed odjazdem. Dziecko umierało. Nie zapomnę tego co widziałam. Nie było wiadomo, czy przeżyje ten krótki transport. To był koszmar. Przeżyłam przedwczesną śmierć swoich rodziców i byłam przekonana, że już nie ma nic gorszego, że już nie spotka mnie podobne nieszczęście. Jednak tak bardzo się myliłam. Nie wierzyłam, że Walduś będzie żył. Byłam naprawdę zrezygnowana i przekonana, że wisi nade mną złe fatum.  Moja mama zanim umarła, leżała w śpiączce. Tak bardzo wierzyłam, że wyzdrowieje. Zawiodłam się. Byłam pewna, że tym razem będzie tak samo.
 
Mąż pojechał do Waldusia, jak tylko dostaliśmy sygnał, że przeżył podróż. Upłynął jakiś czas kiedy wrócił poinformować mnie co z Waldusiem. Dopiero teraz przyszedł też pediatra oznajmić nam, że dziecko ma wadę serca. Nie dawał mu szans na przeżycie, gdyż jak stwierdził, graniczyłoby to z cudem („bez serca nie da się przecież życ”). Mając wykształcenie biologiczne rozumiałam co znaczy brak lewej komory (brak połowy serca). Nie miałam nigdy kontaktu z kardiochirurgią i kierując się słowami pediatry też nie dawałam dziecku żadnych szans. A jednak! Wyżej wymieniony lekarz okazał się niedokształconym „specjalistą”. Dopiero mąż powiedział mi, że doc. Moll z CZMP operuje dzieci z takimi właśnie wadami serca już od kilku lat i to z dużym powodzeniem. Zaczęłam nabierać nadziei. Dostaliśmy od Państwa Moll książeczkę informacyjną o wadzie serca typu HLHS. To, że operuje się takie wady serca było dla mnie czymś niesamowitym. Cieszyłam się ogromnie. Ale dziecko było w tak ciężkim stanie, że nie kwalifikowało się do operacji. Czekaliśmy aż zacznie sam oddychać.
Dowiedziałam się, że Waldusia już nie ma. Jest natomiast Mateusz. Po przywiezieniu go na Oddział Intensywnej Opieki Medycznej Wcześniaków CZMP pielęgniarki musiały go ochrzcić i nadać mu imię, ponieważ umierał.

 

Równo w tydzień po narodzinach,  Mateuszek zaczął samodzielnie oddychać, a w10-tej dobie  miał wykonaną pierwszą operację metodą Norwood”a. Tego dnia Mateuszek narodził się po raz drugi. Od teraz Pan doc. Jacek Moll, który przeprowadził zabieg jest naszym Bogiem, ponieważ tylko dzięki Niemu mój syn żyje! Żadne słowa podziękowania nie wyrażą tego, co czułam tamtego dnia i co czuję dzisiaj wraz z mężem.

Mateusz długo dochodził do siebie po operacji. Jego słabiutki organizm powoli dostosowywał się do zmian, jakie zaszły w jego serduszku. Po długim okresie sondowania i intubacji jeszcze sprzed operacji doszło do zapalenia płuc. Mały ciągle przebywał na oddziale pooperacyjnym. Nie mogliśmy z nim stale przebywać. Co kilka godzin dzwoniliśmy do dyżurującego lekarza anestezjologa, dowiadując się o stan dziecka. Dopiero po 1,5 tygodnia Mateusza przeniesiono na oddział kardiochirurgii, gdzie spędził jeszcze miesiąc. Tutaj powolutku nabierał sił. Nie umiał ssać. Pokarm często miał podawany przez sondę. Ale w końcu z cierpliwością i pomocą pielęgniarek nauczył się jeść z butelki, choć ciągle był (i jest nadal) wielkim niejadkiem. Blisko po miesiącu Mateusz został wypisany do domu. Było to dla nas zaskoczeniem, ponieważ decyzja o tym zapadła z dnia na dzien. Byliśmy pełni szczęścia, ale jednocześnie i obaw jak będzie wyglądało nasze życie w domu z tak poważnie chorym dzieckiem. Uspokajała nas jedynie świadomość, że mieszkamy blisko CZMP i w razie nagłej potrzeby pomoc szybko dotrze.
alt    alt
Nareszcie jestem w domu!


Wreszcie w domu! W końcu poczułam, że zaczyna być trochę normalniej, że w końcu wszyscy jesteśmy razem. Nie myślałam bez przerwy o chorobie Małego (w szpitalu było to myślą przewodnią).

Na przełomie listopada i grudnia 2002r. byliśmy w CZMP na szczegółowych badaniach przed ewentualną operacją. Okazało się, że Mateusz jest za mały, a w płucach panuje zbyt wysokie ciśnienie. Przeprowadzenie zabiegu było więc niemożliwe. Musieliśmy cierpliwie czekać.


Stwierdzono wówczas lekkie wzmożone napięcie mięśniowe i skierowano nas na rehabilitację. Mały robił duże postępy, choć nadal nie lubił leżeć na brzuszku. W końcu przestaliśmy uczęszczać na ćwiczenia.

alt  
Oto człowiek dzięki któremu żyję.
 
W wieku 7-miu miesięcy przeprowadzono cewnikowanie serca. Badanie to potwierdziło wcześniejszą diagnozę, że w płucach nadal jest za wysokie ciśnienie spowodowane zwężeniem prawej gałęzi tętnicy płucnej. Jednak nie można było już czekać. Postanowiono sprowadzić do Polski ze Stanów Zjednoczonych stent do poszerzenia tętnicy. Po tygodniu mięliśmy wrócić na operację. Okazało się wówczas, że CZMP jest zadłużone i wystąpiły problemy ze sprowadzeniem tego implantu. Wpadliśmy w panikę. Baliśmy się momentu, kiedy stan dziecka zacznie się szybko pogarszać i nie będzie mu można pomóc ze względu na brak owego stentu. Poszliśmy na rozmowę do doc. Molla. Po przeanalizowaniu wyników badań i omówieniu typu operacji, zostaliśmy umówieni na zabieg na 15 maja 2003 ( Mateusz miał wówczas 10 miesiecy). Stent nie był w końcu potrzebny. Małemu założono shant pomiędzy tętnicą płucną a tętnicą podobojczykową w celu zwiększenia przepływu krwi przez serce. Liczymy też na to, iż zabieg ten spowoduje poszerzenie zwężonej prawej gałęzi tętnicy płucnej. Operacja udała się. Saturacje od razu podniosły się. Organizm szybko przystosował się do nowych warunków. Po dwóch dniach Mateusz trafił na kardiochirurgię. Po 11-stu dniach od operacji wyszliśmy do domu – w Dzień Matki (cudowny prezent!).

Mateusz zaczął robić bardzo duże postepy w rozwoju fizycznym, ale niestety nadal słabo jada i przybiera na wadze.
 

Już na początku czerwca wyjechaliśmy na wakacje do lasu na 2,5 miesiąca. Potem jeszcze nad morze. Mam nadzieje, że ciągły pobyt na świeżym powietrzu zahartował Małego na okres jesienno-zimowy. Choć choroby raczej nas się nie trzymają.
                
alt alt
A tak było na wakacjach!

alt   
Mały artysta (15 miesięcy)
 
Teraz Mateusz ma 1,5 roku. Jest bardzo towarzyskim i kontaktowych dzieckiem. Wszędzie go pełno i ciągle ma roześmianą buzię. Rozwija się prawidłowo, bardzo dużo mówi jak na swój wiek. Poza tym, że ma niską wagę, nie wygląda na dziecko, które ma tak bardzo poważną wadę serca i jest po tylu przeżyciach.
Do dnia dzisiejszego byliśmy dwa razy na wizycie kontrolnej w poradni kardiologicznej u doc. Moll w CZMP. Wstępnie jesteśmy umówieni na szczegółowe badania do szpitala na kwiecień / maj.
 

TRZECIA OPERACJA
W połowie maja 2004 r. Mateuszek miał robione cewnikowanie serca, które wykazało, iż warunki w płucach poprawiły się na tyle, iż można przeprowadzić kolejną operację.

9 czerwca 2004 r. Mateuszek w wieku 1 rok i 11 miesięcy przeszedł operację dwukierunkowego Glenna.  Jego organizm rewelacyjnie dostosował się do nowych warunków i w drugiej dobie pooperacyjnej został przeniesiony na Oddział Kardiochirurgii. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, kiedy weszliśmy z mężem rano w drugiej dobie pooperacyjnej  na odział pooperacyjny i zobaczyłam Mateuszka siedzącego, śmiejącego się, bawiącego się zabawkami i rozmawiającego z pielęgniarkami.
Na kardiochirurgii Mateuszek pod baczną opieką lekarzy i pielęgniarek bardzo szybko dochodził do siebie tak, że w 8 dobie pooperacyjnej wyszliśmy już do domu.
Mateszek po operacji zaczął lepiej przybywać na wadze, choć nadal jest niejadkiem. Nabrał tężyzny fizycznej i zabawy stateczne w ogóle już go nie interesują. Po wyjściu na dwór Mateuszek rzuca tylko hasło ”biega, biega” i już go nie ma przy mnie.
Do tej pory wszelkie wykonywane badania były dobre. W listopadzie byliśmy na wizycie kontrolnej u doc. Jadwigi Moll, którą Mateuszek uwielbia i nazywa „ciocią Jadzią”. I tym razem wyniki badań były dobre.


Składamy serdeczne podziękowania dla

                                         doc. Jacka Molla i doc. Jadwigii Moll
                                         oraz całego zespołu kardiochirurgów:
                                                dr J. Dobrowolski
                                                dr P. Jarosik
                                                dr M. Kopala
                                                dr M. Moll
                                                dr W. Pietrzykowski
                              a także dla całego zespołu pielęgniarek.



Strona opracowali rodzice Mateuszka- Elżbieta i Piotr Sierant  aktualizacja z dn. 14-02-2005r

pozostałe zdjęcia:

alt alt alt
alt alt
alt alt alt


Facebook Slider

F

o

r

u

m

Facebook Slider