Wiktoria Kania


27 grudnia tego roku miną cztery lata odkąd mojej córeczce podarowano życie po raz drugi.

Wiktoria urodziła się 6 sierpnia 2000 roku siłami natury. Ciąża przebiegała bezproblemowo, wszystkie wyniki bez zarzutu, usg przeprowadzone podczas ciąży nie wykazały żadnych wad płodu, serce zbadane najzupełniej rutynowo przez położnika - bez zmian.

Jakież było moje zaskoczenie i przerażenie, gdy w trzeciej dobie życia mojej kruszynki odwiedziła nas pani ordynator i stwierdziła: coś jest z serduszkiem, słyszalne są głośne szmery nad sercem. Boże, nie wiem już i nie pamiętam o czym wówczas myślałam, ale nie były to pozytywne odczucia. Jestem pielęgniarką, pracowałam wtedy na OIOM-ie dla dzieci, cała moja wyobraźnia ruszyła pełną parą, widziałam już oczami wyobraźni moje dziecko, respirator i wszystkie rurki, rureczki.

Mała została przewieziona do Katowic, do Górnośląskiego Centrum Dziecka i Młodzieży. Tam po raz pierwszy usłyszałam, że na pewno jest to wada serca złożona. Dopiero po paru dniach postawiono pełną i ostateczną diagnozę - Tetralogia Fallota. Spędziłyśmy w szpitalu jeden, długi tydzień, na początku osobno, potem zajęłyśmy pokoik matka - dziecko. Właśnie tam spotkałam pewną panią doktor, z którą kiedyś pracowałam. Bardzo przejęła się chorobą mojej córeczki, postanowiła pomóc, dowiedziała się, który
ośrodek specjalizuje się w operacjach ToF, załatwiła konsultację w Zakładzie Wad Wrodzonych przy ICZMP, wtedy jeszcze u doc. Respondek- Liberskiej. Miałyśmy pojechać tam dopiero po świętach, niestety pojawiły się u mojej malutkiej napady anoksemiczne. Wystarczył jeden telefon do prof. Respondek, natychmiastowy przyjazd, pełna diagnoza i skierowanie na oddział kardiologii.

Tak 15 grudnia trafiłyśmy pod opiekuńcze skrzydła doc. J. Moll. Pełny zakres badań, począwszy od analizy krwi, przez kolejne echo serduszka, aż do cewnikowania serca. Wiktoria została zakwalifikowana do zabiegu operacyjnego. Ze względu na pogłębiające się napady, operację zaplanowano na 27 grudnia 2000 roku. Wikunia miała wówczas niespełna pięć miesięcy. Dzień operacji pamiętam jak przez mgłę. Starałam się być spokojna i opanowana, ale nerwy od środka były napięte jak struna. Dobrze, że maż był razem ze mną, dodawał mi sił i otuchy. Operacja trwała siedem długich godzin. Przez cały czas byłam w pobliżu, czekałam aż doc. Moll wyjdzie, a gdy ta chwila nadeszła wiedziałam od razu po jego wyrazie twarzy, że wszystko się powiodło. Wiki trafiła na dwa dni na tzw. POP, następnie przeniesiona została na kardiochirurgię, gdzie przez 10 dni dochodziła do siebie. Przez cały czas nastawienia przez pielęgniarki do tej metody karmienia, nie poddałam się, wygrałam z personelem. W nocy nie miały wyjścia, dzwoniły po mnie do hoteliku, a ja biegłam karmić małą. Doc. Moll okazał się człowiekiem wspaniałym, bezinteresownym, oddanym dzieciom. Nawet w Nowy Rok, przyjechał sprawdzić jak się czują dzieciaczki po operacjach, dodawał otuchy. W dniu 8 stycznia 2001 roku mała została wypisana do domu.

Nadal co roku jeździmy na kontrolę do poradni kardiologicznej. Było ciężko, ale teraz Wikunia jest wspaniałą, rezolutna czterolatką, chodzi do przedszkola, szaleje z innymi dzieciaczkami i jedyne co ją wyróżnia spośród innych to blizna, której zresztą i tak pod bluzeczką nie widać :)

Dziękuję wszystkim, którzy mieli ochotę to przeczytać:
mama Wiktorii.



Opracowane przez mamę Wiktorii
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.



Facebook Slider

F

o

r

u

m

Facebook Slider