Martyna Szechnicka


Martynka urodziła się wcześniej niż powinna, po trudnej ciąży - 5 lipca 2004 r. Poród mimo, że drugi był trudniejszy i dłuższy. Ale szczęście nasze było wielkie, gdy Marti wreszcie się urodziła cała i zdrowa (??). Dostała 10 pkt. i od razu mogłam ja przytulić i karmić.

Ponieważ urodziła się późnym wieczorem to nie była badana przez lekarza, a nic nie wskazywało na to, że cos może być z małą nie w porządku. Ładnie ssała z piersi, spała a my się Nią cieszyliśmy. Aż do popołudnia drugiego dnia.

Lekarz pediatra, po dokładnym zbadaniu małej stwierdziła głośny, rozległy szmer nad sercem. Podłączyli Martynkę do pulsoksymetru, ale wszystkie parametry były w porządku. Rentgen podobno też nie wykazał nic niepokojącego. Pani ordynator uspakajała nas, że to na pewno nic poważnego i wypisując do domu skierowała jeszcze do szpitala dziecięcego na badanie echo, aby wykluczyć wszystkie wątpliwości(wadę wrodzoną).

 

alt alt
Cała nasza rodzinka
Teraz pomagam tacie się ubrać

W trzeciej dobie życia naszej córeczki trafiliśmy do Dziecięcego Szpitalika na konsultacje kardiologiczną i badanie echo. Mieliśmy nadzieję, że po badaniu wrócimy do domu, gdzie na Martynkę już niecierpliwie czekała 4 letnia siostrzyczka Julia. Naszą Martynką zaopiekowała się Pani dr Wioletta Korzeluch i to Ona przeprowadziła precyjnie badanie echokardiograficzne i... przeżyliśmy szok!!!!!!!

Córeczka miała bardzo rzadką, złożoną wadę serca pod postacią wspólnego pnia tętniczego. Sama nazwa wtedy była dla nas zupełnie niezrozumiała i nie za bardzo wiedzieliśmy co to znaczy, poza jednym, że mamy bardzo chore dziecko!! To co wtedy czuliśmy, to większość z Was pewnie wie. Wszystko się zmieniło, zawaliło, przygniotło nas całkowicie. Musieliśmy wybrać szpital w którym naszej córeczce będą ratować życie. Musieliśmy podjąć taką decyzje nie mając o tym zielonego pojęcia, gdzie się co robi, jak to się odbywa i etc. Po prostu z listy szpitali trzech szpitali musieliśmy wybrać jeden. Taki strzał w ciemno, a stawką życie naszej małej córeczki.
 
 
Zdecydowaliśmy się na Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Trafiliśmy tam bardzo szybko, przy wielkiej pomocy Pani dr Wioletty Korzeluch, której bardzo dziękujemy!! Martyna mając 5 dni zaliczała już 3 szpital, tym razem zanosiło się na dłuższy pobyt. Mieliśmy jeszcze cień nadziei, że może diagnoza w W-wie będzie mniej poważna i nasza sytuacja chociaż trochę się poprawi, że wada nie jest tak poważna i złożona. A jednak!. Diagnoza Pani dr. Korzeluch potwierdziła się. Nasza córeczka miała wspólny pień tętniczy. Na początku trudno nam było sobie to wszystko wyobrazić. Ale po rozmowie z Panią docent Anną Turską już mniej więcej wiedzieliśmy co muszą zrobić lekarze kardiochirurdzy, aby nasza Martynka mogła żyć i jednocześnie "zabiła" nas wiedza o tym jak to jest poważne i niebezpieczne.

 
alt alt
Dziewczynki w czerni
Ja i moi przyjaciele
 

Naszą córeczką na kardiologii zaopiekowała się Pani dr. Anna Brodzikowska - Pytel, która prowadzi Marti do dziś (i jesteśmy z tego powodu bardzo zadowoleni). Nasz pierwszy pobyt w W-wie okazał się krótki - 5 dni - ze względu na no to, że Martynka była w bardzo dobrym stanie i na operacje można było poczekać ok. 1- go m-ca.

W domu wreszcie mogliśmy się cieszyć z córeczki, a zwłaszcza Julia, która cały czas opiekowała się Martynką. A ona rosła i nic złego się nie działo. Czekaliśmy na wezwanie z CZD i ładowaliśmy akumulatory na to co nas czekało. Po 3 tygodniach już zadzwonił telefon z W-wy, że jest miejsce na cewnikowanie i żebyśmy przyjechali wcześniej. Trochę nas to zaniepokoiło, że tak szybko nas ściągają, ale z drugiej strony chcieliśmy już mieć to wszystko za sobą.

 
Na miejscu Pani dr. opiekująca się Martynką wytłumaczyła nam prawdziwa przyczynę tego wcześniejszego wezwania. Otóż druga dziewczynka z taką sama wadą serca co nasza Marti wciągu jednej nocy "załamała" się i jej reanimacja trwała bardzo długo, teraz leży pod respiratorem". Pani doktor bała się, że z naszą Martynką też tak może być i wezwała nas wcześniej. Dzięki Bogu Marti była w bardzo dobrym stanie ogólnym ale bardzo nas to wystraszyło.

Czekaliśmy na to co będzie dalej. Martyna po 2 dniach miała cewnikowanie serca, na szczęście bez powikłań. Po cewnikowaniu leżała dobę na POP-ie. Nic złego się nie działo i nawet pozwolono wieczorem nakarmić małą piersią. Wypis dostaliśmy od razu na kardiochirurgię co nas bardzo zdziwiło. Ale jednocześnie cieszyliśmy się, że to kolejny mały kroczek do przodu i że wszystko się dobrze układa. Ale do czasu! Na kardiochirurgii przeżyliśmy po raz kolejny szok. Martynka na POP-ie miała kontakt z dzieckiem chorym na ospę. A co za tym idzie? Operacja, która miała ratować życie naszego dziecka nie odbędzie się. Nasza córka musi odbyć kwarantannę aż! 28 dni. Nie mogliśmy sobie poradzić z naszymi emocjami, pytaniami i strachem. Najważniejsze pytanie, na które nikt nam nie umiał odpowiedzieć brzmiało: czy Marti doczeka do operacji? Przy tej wadzie serca najlepszy statystycznie czas na korektę to 6 tydzień życia, a nasza Martyna będzie miała 9 tygodni. Lekarze rozkładali ręce i pocieszali nas, że jest silna, ładnie je, że parametrowo jest w porządku. Ale czy to wystarczy?
 
alt alt
Martynka jako 5-mies dziewczynka
 
Martynka dmucha pierwszą świeczkę 

Robert musiał przerwać urlop, wrócić do pracy, do Julii, a ja z Martynką zostałam przeniesiona na oddział izolacyjny, gdzie mieliśmy przez prawie miesiąc czekać na to co przyniesie nam los. Tęsknota za domem, Juleńką, i niepokój o życie maleństwa, wielka niewiadoma czy Marti się zaraziła czy nie, to wszystko bardzo mnie dołowało i przygniatało. Ale matki dla swoich dzieci zniosą wszystko, wszystko przetrzymają. Ale Wy to przecież wiecie dokładnie. Przeżyłyście to samo.

Przez ten okres "ospowej kwarantanny" przebrnęłyśmy na szczęście prawie bezboleśnie. Martynka nawet ładnie przybrała na wadze. Wróciliśmy na kardiochirurgię 4 września (od 6 sierpnia), a 8 września nasza córeczka miała operację. Większość rodziców gdy zabierają ich dziecko na operacje płacze, a na nas patrzyli dziwnie bo my się cieszyliśmy. Cieszyliśmy się, że mała dotrzymała do operacji. Po prawie 8 godzinach czekania, strachu i bólu, poszliśmy zapytać jak przebiegła operacja i w jakim stanie jest mała. Doktor A. Kansy, który wraz z docentem Burczyńskim i dr. Lipińskim operował Martynkę poinformował nas, że operacja przebiegła bez powikłań i stan naszej córeczki jest bardzo ciężki ale stabilny i jeżeli dożyje do rana to wtedy będziemy ewentualnie myśleć co dalej. Martynka miała zostawiony nie zamknięty mostek o czym wiedzieliśmy wcześniej, ale kiedy Robert poszedł zobaczyć małą na oddział pooperacyjny to widok Marti i jej bijącego serca powalił go prawie z nóg. Nigdy w życiu tego nie zapomni!
 

 
Wróciliśmy na kilka dni do domu, bo i tak nie mogłam jej karmić ani dotykać. Wróciliśmy do naszej Juleńki, której ja nie widziałam przez półtora miesiąca. Dzwoniliśmy dwa razy dziennie i informowaliśmy się o stanie zdrowia Marti. Ale ona była silna, walczyła o swoje życie i po 5 swoje życie i dniach została odłączona od respiratora, a w 7 dobie wróciła na kardiochirurgię. Jej płacz, postękiwania, brak apetytu, odparzona pupa, ból przy pobieraniu krwi, niepokój czy "dojście" wytrzyma jeszcze jedną dawkę antybiotyku czy znowu kłucie to była nasza codzienność. Ale Bóg czuwał nad Martynką. Jej siła i chęć życia wygrały, a Marti szybko dochodziła do siebie. Lekarze byli zadowoleni i po 6 dniach na kardiochirurgii 'pojechaliśmy" na 6 piętro na kardiologię. Mimo, że jej stan zdrowia był na tyle dobry, że mogłaby prawie wyjść do domu, to z uwagi na to, że była malutka i przeszła bardzo poważną operacje musi jeszcze zostać na tzw. "dopieszczanie". Martynka z dnia na dzień była coraz silniejsza, weselsza, taka jak przed operacją, tylko słabo przybierała na wadze. Po tygodniu, kiedy mieliśmy już prawie wypis, okazało się, że w kontrolnym rentgenie wyszedł zastój i musimy jeszcze zostać, aby nie przerodziło się to w zapalenie płuc. I znowu inhalacje, oklepywania i... tęsknota. Ale 13 października rentgen wyszedł super i nasza Pani dr. Brodzikowska-Pytel następnego dnia wypisała nas do domu!! Julia i reszta rodziny czekała na nas z utęsknieniem. A my byliśmy szczęśliwi, że wracamy w trójkę, z Martynką i jej naprawionym serduszkiem
 
alt  
A może się pouczę trochę
 
A teraz? Martynka to 18 miesięczna wesoła i pełna życia dziewczynka. Ale przecież o to życie ona tak dzielnie walczyła z pomocą Boga, wspaniałych lekarzy i nas rodziców. Jeździmy teraz co 6 m-cy na kontrolę do Centrum Zdrowia Dziecka. W Kielcach tez jesteśmy pod kontrolą poradni kardiologicznej i oczywiście Pani dr. Wioletty Korzeluch.

Marti miała trudny, nieoczekiwany i czasami dramatyczny start w swoje życie, ale wierzymy, że teraz będzie już tylko dobrze. Oczywiścię Martynkę czeka jeszcze wymiana homograftu i nie wiemy co będzie z zastawkę aortalną, która nie jest prawidłowa. Ale mamy nadzieję, że to będzie później, dużo później i że uda się to wszystko dalej naprawić. Bo Bóg dał szanse naszej Martynce i nam, abyśmy mogli ja wychowywać i cieszyć się z tego jaka jest. Jesteśmy przekonani, że sobie świetnie poradzi i że będziemy z niej dumni!!! Bo ona jest wyjątkowa!

Chcemy złożyć serdeczne podziękowania wszystkim lekarzom i pielęgniarkom, którzy oddali trochę swojego serca, aby serce naszej córeczki mogło ciągle bić.




Monika i Robert Szechniccy
Rodzice Martynki - wspólny pień tętniczy.
Tel. 512-124-449; 502-203-268
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 



Facebook Slider

F

o

r

u

m

Facebook Slider