Michal Sniowski

 

alt  
Miśko urodził się 7 listopada 2001 o godz. 07:25. Poród miałam bardzo ciężki, dziecko ważyło 3800 i miało 57 cm. Oczywiście w trakcie ciąży lekarz prowadzący nie zauważył żadnych nieprawidłowości, pomimo kilku badań USG (ostatnie Dopplerowskie w 8 miesiącu ciąży).
W ciąży wykryto u mnie cukrzycę, więc po porodzie Michał miał bardzo często pobieraną krew, aby wykluczyć u niego tą chorobę. Następnego dnia w trakcie wizyty lekarskiej zabrano moje dziecko na ECHO serduszka - panią doktor bardzo zaniepokoiły wysokie szmery.
Po badaniu kardiolog poinformowała mnie, że moje dziecko ma HLHS i przenoszą je na Intensywna Terapię. W trzeciej dobie życia zabrano mojego Michałka karetką na lotnisko i awionetką przetransportowano go do Krakowa.
Tam potwierdzono diagnozę i poinformowano nas o sposobie leczenia.
Okazało się, że nie można przeprowadzić operacji w wyznaczonym terminie, ponieważ Michał został przywieziony z Gorzowa z posocznicą i najpierw z nią należy walczyć.
Pierwszy etap został wykonany, gdy Michał miał trzy tygodnie.
Przeszedł go bardzo ciężko i długo nie mógł dojść do siebie. Nie chciał jeść, nie mógł samodzielnie oddychać i dopiero po prawie dwóch miesiącach można go było przenieść na oddział chirurgii dziecięcej. Do domu wyszedł dopiero pod koniec lutego, miał wówczas cztery miesiące.
Jak każda matka dziecka z poważną wadą serca, bałam się strasznie. Nie miałam pewności czy dam radę. Bałam się pokochać mojego synka, bo byłam pewna, że jest tylko chwilowym "gościem na tym świecie". Pani kardiolog, która opiekowała się Michałkiem, na każdej wizycie (a chodziliśmy do niej co dwa tygodnie) powtarzała mi, że mam przygotować się na śmierć mojego dziecka.
Jadąc na drugi etap byłam przygotowana, że wrócę sama (Miśko miał siedem miesięcy). Byłam w głębokiej depresji i nie mogłam się pozbierać.
Ku mojemu zdziwieniu Miśko szybko się pozbierał, był ulubieńcem pielęgniarek, śmiał się do każdego.
W szpitalu spędziliśmy prawie dwa miesiące. Byłam z Michałkiem sama i dzięki serdeczności pielęgniarek i lekarzy nie załamałam się całkowicie. Pamiętam bardzo dokładnie jedno zdarzenie: siedziałam przy łóżeczku Michałka i nagle obok mnie stanęła dziewczynka. Pamiętam, że miała na sobie żółtą sukieneczkę na ramiączkach. Doktor Kral przyprowadził ją do mnie, aby mi pokazać jak może wyglądać dziecko z HLHS. Najbardziej zaskoczył mnie jej wiek - miała osiem lat. Dla osoby, która była święcie przekonana, że jej dziecko nie będzie długo żyło, był to szok.
  alt

Po powrocie do domu, Michał bardzo szybko przybrał na wadze, usiadł, a w końcu zaczął chodzić. Jeździliśmy co kwartał na kontrolę i jego wyniki były bardzo dobre.
 
Kiedy Michał skończył dwa latka, zaczęłam u niego zauważać coraz częstsze oznaki zmęczenia. Zadzwoniłam do Krakowa i ustaliliśmy termin naszego przyjazdu do szpitala na maj 2004 r.
 
Wiedziałam co mnie czeka i gdyby nie obawa o życie dziecka, to czułabym się całkiem dobrze. Po naszym przyjeździe zrobiono Michałkowi cewnikowanie serca i zakwalifikowano go do trzeciego etapu. Przeszedł go całkiem znośnie i po prawie dwóch miesiącach wróciliśmy do Gorzowa Wlkp.

 
  alt alt
 
 
Po rehabilitacji poszedł do przedszkola, gdzie wspaniale funkcjonuje do dziś. Nie odbiega rozwojowo od innych dzieci, w zasadzie gdyby nie blizna na klatce piersiowej, nikt nie powiedziałby, że jest dzieckiem z bardzo poważna wadą serca.
 
alt  alt
 
Ostatnio "wyciął" mi niezły numerek.
Gdy przyszłam po pracy do domu, niania, która zajmuje się moimi dziećmi po przedszkolu (Michał ma o dwa lata starszą siostrę Palinkę) powiedziała, że Michał ma mi coś do powiedzenia. Podszedł do mnie i kręcąc paluszkami zaczął:
- Bo wiesz..., no bo wiesz... ja i Dawid i Bartek... no wiesz... wzięliśmy piżamkę Łukasza i no wiesz...wrzuciliśmy ją do ubikacji...
- Co zrobiliście????? Gdzie wrzuciliście???
- No... do ubikacji... no i pani wzięła i nalała wody i kazała nam tak no wiesz... wyprać i zrobić o tak... i powiesić na kaloryferze. I jeszcze powiedziała, że mam przynieść do przedszkola naaaaajwiększego cukierka i dać go Łukaszkowi i go przeprosić, no i wiesz za to dostałem "diabła" (za osiągnięcia dzieci w grupie Michałka dostają słoneczka a za wybryki diabełki).
Śmiech mnie ogarnął, ale musiałam robić srogą minę. Prawdę powiedziawszy dusiłam się ze śmiechu.
Przy moim Michale nigdy się nie nudzę, zawsze coś wymyśli.

W moich stronach HLHS jest bardzo rzadką wadą. W zasadzie Michał był pierwszym dzieckiem z HLHS w Gorzowie Wlkp. Nie miałam jakichkolwiek informacji na temat tej wady. Szukałam na stronach internetowych, jednakże były tylko w języku angielskich i musiałam sama wszystko przetłumaczyć.
alt  
Nie wiedziałam czy są jakieś szanse na to, aby moje dziecko funkcjonowało normalnie, do wszystkiego musiałam dochodzić sama. Uczyłam się na swoich własnych błędach.
Obecnie skontaktowały się ze mną dwie rodziny z dziećmi z HLHS z okolic Gorzowa i jestem bardzo szczęśliwa, że mogę podtrzymać ich na "duchu" i pokazać, jakiego mam wspaniałego chłopca. Z mamą Kubusia utrzymuję kontakt od września ubiegłego roku - jest obecnie po II etapie, a mama drugiego dzidziusia jest w 37 tygodniu ciąży i jest w tej chwili w Krakowie, być może jest już po casarskim cięciu.








Grudzień 2005



Katarzyna Śniowska
Gorzów Wlkp,
tel.095/729-81-11;
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.




Facebook Slider

F

o

r

u

m

Facebook Slider