Kuba

 

Kubuś znalazł już Rodziców!
 

Kubuś ma niecałe pięć lat. Urodził się z bardzo poważną wadą serca. Tak poważną, że porzuciła go własna matka. Na szczęście znalazł już rodzinę, która zdecydowała się go adoptować.
 
Kiedy Kuba się urodził, był siny jak śliwka. - HLHS - orzekli lekarze. Nie wierzyli, że przeżyje więcej niż kilka tygodni. Za tajemniczym skrótem krył się niedorozwój lewej komory serca. Tam skąd pochodzi matka chłopca, diagnoza brzmiała jak wyrok. 18-letnia dziewczyna nie była gotowa na wychowanie dziecka. Nie była też gotowa na jego śmierć. Porzuciła Kubusia wtedy, gdy jej najbardziej potrzebował.
Gdyby nie determinacja pewnej pani doktor, która się uparła, żeby go przewieźć do Krakowa, chłopiec pewnie by już nie żył. To dzięki niej Kubuś trafił pod skrzydła prof. Edwarda Malca, kierownika Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej Collegium Medicum UJ w Krakowie. Lekarza, który ocalił mu życie. Podobnie jak wielu innym dzieciom z HLHS. Matka przyjechała tu tylko raz, żeby zrzec się praw do dziecka. Czy myślała o tym, że Kubuś spędzi w szpitalu ponad dziewięć miesięcy? Nie wiadomo. Wiadomo, że przez ten cały czas nie zadzwoniła, choćby po to, żeby zapytać, czy jej syn żyje. Pielęgniarki nazwały go Staś. Imię, które dała mu matka, nie chciało im przejść przez gardło. Nie mogły się pogodzić z tym, że go zostawiła. Złote loki, błękitne oczy, śmiech, który wypełnia dom, sprawiły, że po Kubusia ustawiały się kolejki nowych rodziców. Miał czystą kartę. Można go było adoptować. Wada serca skutecznie ich odstraszała. Bali się, że to serce nagle przestanie bić. Chłopiec przeszedł dwie poważne operacje. Musiał opuścić szpital.
Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej zdecydował, że trafi do pogotowia rodzinnego. Placówki, do której trafiają małe dzieci. Teoretycznie powinny tu zostać kilka miesięcy. W tym czasie sąd decyduje o ich dalszych losach. Część z nich trafia do adopcji i rodzin zastępczych, inne są umieszczane w domach dziecka. Kubuś znalazł się w pogotowiu prowadzonym przez Jolantę i Józefa Mizgałów.
- Pamiętam tą noc, kiedy go przywieźliśmy - mówi pani Jolanta. - Siedzieliśmy przy nim do rana. W każdej chwili mógł być potrzebny lekarz. Mógł przestać oddychać.
13 maja miną cztery lata od tamtej nocy. Kubuś przeszedł już trzecią i ostatnią operację. Nie jest całkiem zdrowy. Wymaga szczególnej opieki, ale może jeździć na rowerze, biegać. Wspina się na kanapę. Po chwili zbiega na dół. Śmieje się nawet wtedy, gdy się przewróci. Żyje jak inni chłopcy w jego wieku, tyle, że musi pozostawać pod stałą opieką lekarza. Pąństwo Mizgałowie doskonale o tym wiedzieli i drogę do Prokocimia znali na pamięć. Kuba nie mógł jednak ze względów prawnych pozostać na zawsze w pogotowiu rodzinnym.
Na szczęście po długich staraniach znaleźli się ludzie o "wielkich sercach", którzy zechcieli przyjąć Kubusia do swego domu jako upragnionego syna, i dzięki nim Kuba ma w końcu Mamę i Tatę.


alt



Facebook Slider

F

o

r

u

m

Facebook Slider