Konrad Janusz


 

„-Pani Aniu, dziecko ma wadę serca , czy chcecie syna ochrzcić?”- tych słów nie zapomnę do końca życia. Czułam się jakbym dostała w twarz. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie odpowiedziałam nic. Zaczęłam płakać. " Jak to wada serca? Jak to?" Ciągle powtarzałam sobie to pytanie...ale właściwie czego mogłam się spodziewać...

Konradek był planowanym dzieckiem. I bardzo oczekiwanym. W ciąży robiłam wszystko, aby urodził się zdrowy. Zdrowo się odżywiałam, nie paliłam jeździłam często do lasów, aby wdychać świeże powietrze. Przed ciążą zaczęłam brać kwas foliowy, witaminy i tabletki na odporność. Wszystko dla niego. A to wszystko dlatego, że rok wcześniej urodziła nam się córeczka. Miała 51cm i 2800 wagi taka malutka nasza kruszynka. Pokochałam ją od pierwszego spojrzenia. Mieliśmy z nią związanych tyle planów. Byliśmy tacy szczęśliwi...Niestety Wiktoria zmarła w 14 dobie życia. Lekarze stwierdzili u niej sepsę. Sekcja jednak jej nie wykazała. Dzisiaj już wiem i jestem prawie pewna, że Wikunia miała wadę serca...A wszystko przez moje geny...

Moja rodzina jest obciążona genetycznie i dopiero po tym, jak Konradek też urodził się z wadą serduszka zdałam sobie sprawę jak bardzo. Podobno zaczęło się to od mojego pradziadka. Wada przechodziła z pokolenia na pokolenie, ale nie na wszystkich członków z mojej rodziny. Z moich wujków i cioć nikt nie ma wady oprócz świętej pamięci mojego taty, który 5 lat temu zmarł z powodu bardzo dużego ASDII i bloku przedsionkowo komorowego. Tato mój był cudownym człowiekiem i zawsze byłam z niego dumna. Nie zdawał sobie sprawy, że przez cale życie żył z "dziurą w sercu". Pracował fizycznie na budowie, aby utrzymać rodzinę . W wieku 45 lat zaczął mdleć. Wysłałyśmy go z mamą do lekarza. Okazało się, że ma wadę serca. "Dziurę" na 5 cm i blok... To był dla nas straszny okres w życiu. Tata się załamał, a my z mamą starałyśmy się go jakoś pocieszać i namawiać na operację, bo nie chciał się zgodzić. W końcu go przekonałyśmy. Przeszedł operację lecz niestety po niej organizm jego nie dał sobie rady. Zmarł pół roku później..

Na tym nie koniec. Moi rodzice przed moim urodzeniem mieli synka Wojtusia. Wojtuś urodził się niestety też z wadą serca. Miał blok komorowo przedsionkowy II i III stopnia. Całe jego życie to był jeden wielki BÓL. Każdy dotyk, każde jego poruszenie sprawiało mu cierpienie. Był cały siny. Lekarze w tamtych czasach (dzisiaj by miał 25 lat) nie operowali takich malutkich dzieci. Wojtuś musiał dożyć do wagi 10 kg. Nie udało mu się. Choroba go pokonała. W wieku 13 miesięcy zmarł z wagą 6,7 kilo....

Moja mamusia to silna osoba. Strata syna była dla niej tragedią, ale nie poddała się. Postanowiła urodzić drugie dziecko. Po 4 miesiącach zaszła w ciążę ze mną. Urodziłam się 18 marca 1987 roku. Na początku wydawało się, że jest wszystko ze mną dobrze, dopóki lekarz nie wysłuchał u mnie szmerów. Niestety moja mama ponownie usłyszała złe wiadomość, że jej drugie dziecko też ma wadę serca. To był cios dla niej, cios prosto w serce. Wyszła od lekarza jak otumaniona, prawie ją samochód potrącił... . Ale wiedziała, że nie może się załamać. Na szczęście ja miałam "tylko" ASD i to bardzo malutkie. W wieku 2,5 roczku przeszłam z powodzeniem operację. Dzisiaj czuję się świetnie i traktuję się jakbym nie była po żadnym zabiegu. Tylko blizna mi go przypomina .

Z mojej rodziny po operacjach wad serca na ASD II mam jeszcze 2 kuzynki i kuzyna. Wszyscy czuja się bardzo dobrze. Z nich tylko kuzyn ma dziecko córeczkę, która niestety urodziła się też z ASDII , jest już po udanej operacji.
 
Synuś mój urodził się z koarktacją aorty i w 7 dobie był operowany. Operacja odbyła się w Gdańsku. Dziękuję lekarzom za uratowanie mojemu synkowi życia!! Niestety oprócz koarktacji miał jeszcze olbrzymie ASD II oraz pomniejszoną lewą komorę serca ( na początku podejrzewano u niego HLHS). Los nas nie oszczędzał i do tego wszystkiego dostaliśmy list z poradni mukowiscydozy. Synuś jest po dwóch testach, które wykluczyły na szczęście u niego tą straszną chorobę.

Ostanie nasze pół roku życia to był jeden wielki strach. Lekarze ostrzegali nas, że z Konradkiem jest bardzo źle i niewiadomo jak długo jego organizm poradzi sobie z tym wszystkich. Jednak nie wyrażali zgody na operacje, bo chcieli aby przynajmniej ważył 5 kilo. Dzień w dzień żyłam jak na szpilkach i dziękowałam Bogu o kolejny dzień spędzony z nim. Był to naprawdę dla nas ciężki okres. Po stracie córeczki obawa o życie synka była jeszcze gorsza. Często mieliśmy z mężem chwile załamania. Ja bałam się mieć z nim wspomnienia, bałam się że umrze. Lekarze nas ostrzegali o jego stanie i zdawaliśmy sobie przez ten cały czas sprawę, że nie jest z nim dobrze. Na szczęście mam silny charakter po mamie i nie poddałam się. Żyłam dla niego i robiłam wszystko, aby ratować jego życie. Synek dostawał
5 rodzajów leków po parę razy dziennie. Pilnowałam godzin, aby dostał leki na czas. Zwykły katar doprowadzał mnie do paniki i od razu leciałam do lekarza, na szczęście zawsze okazywało się, że jest wszystko dobrze. Zdawałam sobie sprawę, że do operacji muszę uważać, aby Konradek się nie przeziębiał , nie złapał zapalenia płuc ani oskrzeli oraz innych chorób. Nasz synek to silny chłopczyk i bardzo dobrze znosił to wszystko. Po Konradku nic prawie nie było widać, ale według lekarzy jego stan bardzo się pogorszył w styczniu 2010 roku i każdy dzień był dla niego niewiadomym, ale on dawał sobie świetnie radę i w dobrym stanie wytrwał, aż do 15 lutego 2010. W ten dzień miał operację w Łodzi. I w tym miejscu  chcielibyśmy podziękować Profesorowi Mollowi za podjęcie się operacji i uratowanie życia naszemu synkowi. Operacja się udała ( jako sam zabieg), ale niestety zrobiło się straszne nadciśnienie płucne . Anestezjolodzy tłumaczyli nam, że synek nie może być wybudzony przez dobę po operacji. Był w śpiączce farmakologicznej ponieważ zwykły ruch jego ręki mógłby spowodować zatrzymanie akcji serca. Kolejne złe wiadomości. Ciągle tłumaczyliśmy sobie z mężem, że musimy to wytrwać. Codziennie chodziliśmy do kaplicy szpitalnej i prosiliśmy Boga, aby nie odbierał nam drugiego dziecka. Bóg wysłuchał nasze prośby.
Konradek jest już dawno w domku i czuje się bardzo dobrze. Po operacji zaczął bardzo dużo jeść, jego skóra nabrała różowego koloru, a oczka wydają się takie radosne. Do dziś nie mogę uwierzyć, że będę widzieć jego pierwsze kroki, słyszeć jego pierwsze słowa i to wszystko nas z nim czeka - całe jego wychowanie - tacy jesteśmy szczęśliwi. Miesiąc po operacji byliśmy na kontroli w Łodzi. Pani Profesor Moll oznajmiła nam, że z naszym dzieckiem jest wszystko dobrze i jest bardzo zadowolona z wyniku operacji. A my? Nie potrafię opisać słowami jak bardzo się cieszymy. Do dnia dzisiejszego nie dochodzi to jeszcze do mnie. Jego komora zaczyna pomału rosnąć , nie ma nadciśnienia ani płynów w pluchach ! Dziękuje Bogu i lekarzom za uratowanie życia mojego synka!!


Facebook Slider

F

o

r

u

m

Facebook Slider