Aleksander Pesta

 
 Aleksander Pesta
HLHS, zarośnięcie zastawki dwudzielnej, transpozycja naczyń, ubytek międzyprzedsionkowy i międzykomorowy, zmiany w lewym płacie ciemieniowym
Sierpień 2009, spóźniała się miesiączka. Razem z mężem postanawiamy zrobić test ciążowy. Na plastikowej deseczce pojawiły się dwie czerwone kreseczki. Wielki płacz wywołany radością. Dyskusja gdzie będzie stało łóżeczko, jaki wózek, jakie imię dla maluszka ...Jednak najważniejsze nie było to czy będzie chłopiec czy dziewczynka tylko to, żeby było zdrowe.
Pierwszy trymestr przebiegł wzorcowo. Żadnych dolegliwości, nudności, jak to zazwyczaj bywa.alt
19 tydzień. Poszliśmy z mężem na kontrolne badania do ginekologa. Uradowani, że na czarno-białym ekranie monitora zobaczymy naszego synka (wiadomo było, że to chłopiec już w 17 tygodniu). Lekarz podczas badania usg długo przypatrywał się serduszku, lecz nic nam nie powiedział. Kazał przyjść następnego dnia, mówiąc że dziecko źle jest ułożone i dokładnie nie może obejrzeć serca. Poszliśmy następnego dnia. Pan doktor jeszcze dłużej wpatrywał się w budowę mięśnia. To milczenie wydawało się wiecznością. Wreszcie odłożył sprzęt na swoje miejsce i powiedział: „Musicie jechać do Bydgoszczy, tam mają lepszy sprzęt. Będzie lepiej widać budowę serduszka. Nie jest tak jak powinno.” Łzy same napłynęły nam do oczu. Zadawanie pytań „Dlaczego właśnie nas to dotknęło? Dlaczego nasze dziecko jest chore?”
 
altPojechaliśmy więc do Bydgoszczy. Tam kolejne usg, kolejne badania. Leżałam na kozetce i patrzyłam na lekarza, który robił usg. Nagle oczy zrobiły mu się duże i złapał się za głowę. Zawołał kolejnego lekarza na konsultacje. Coś między sobą mówili ( trudno było zrozumieć). Wreszcie Pan doktor przekazał mi wynik badania: „Podejrzewamy ubytek międzykomorowy. Musi Pani jechać do ICZMP w Łodzi, tam leczą takie wady.” Nogi ugięły się pode mną. Wielki płacz i kolejne pytania retoryczne. Żyć się odechciewało.
Styczeń 2010. Pojechaliśmy na badania do Łodzi. To bardzo daleko od naszego miasta (230 km). Moja ciąża była zagrożona. Miałam robione echo serca płodu. Profesor Respondek potwierdziła wadę i wychwyciła kolejne niedoskonałości                 w serduszku mojego synka- zarośnięta zastawka mitralna (dwudzielna). „Dopóki dziecko jest w Pani brzuchu jest bezpieczne. Ale jak opuści brzuch będzie konieczna natychmiastowa interwencja. Musi Pani rodzić u nas w Łodzi. Zapraszamy za miesiąc na kolejne echo serca płodu.” Następny cios- kolejne wady serduszka  i poród tak daleko od domu.
 
           
  alt  alt
 
Luty, marzec. Pojechaliśmy na kolejne echa serca Olusia ( tak będzie miał na imię nasz synek – Aleksander). Termin rozwiązania przewidziany był na połowę kwietnia. Po ostatniej już wizycie w poradni genetycznej wad wrodzonych (22 marca ) zostaliśmy w Łodzi. Wynajęliśmy pokój i czekaliśmy na nadejście Aleksanderka. Cały czas żyliśmy w wielkiej niepewności czy synek przeżyje. Wielu lekarzy nie dawało mu dużych szans na przeżycie. Ale my się nie poddawaliśmy, cieszyliśmy się z każdego kopniaczka, które często i boleśnie fundował nam nasz nienarodzony Olek.
12 kwietnia miałam zaplanowane przyjęcie do szpitala, gdyż zbliżał się termin porodu. Pełna obaw wyruszyłam z dwiema zapakowanymi walizkami ( w jednej moje rzeczy, a w drugiej rzeczy maluszka). Zaczęły się kolejne badania diagnostyczne. 14 kwietnia miałam ostatnie echo serca płodu. Po wykonanym usg przyszedł do mnie jeden z lekarzy i mówi: „ Dziś będzie miała Pani dziecko. Wywołamy poród. Za pół godziny schodzi Pani na porodówkę.” Płakałam i śmiałam się zarazem. Wielki strach. Bałam się porodu ( w końcu to mój pierwszy poród i nie wiem co mnie czeka). Wykonałam telefon do męża, który właśnie do mnie jechał: „Dziś będziesz miał synka. Pośpiesz się.” Słyszałam głusze w telefonie. Nagle: „ Jak to, ale jak....?” Przerywam mu: „Za pół godziny schodzę na porodówkę. Pośpiesz się.”. Nie planowaliśmy porodu rodzinnego.
           
alt   alt
Pielęgniarki odprowadziły mnie na poziom 0. Długie zielone korytarze. Cisza, spokój. Weszłam na salę przedporodową. Po badaniach podłączono mnie do KTG. Cierpliwie czekałam w strachu. Po godzinie przyjechał mąż. Pielęgniarki wpuściły go do mnie. Zaczęły się skurcze, najpierw łagodne potem coraz ostrzejsze. Mąż trzymał mnie za rękę i kazał głęboko oddychać. Już go nie puściłam. Został ze mną i „rodziliśmy razem” . Trzy godziny mocnych skurczy. Lekarz podszedł i powiedział: „Jeśli do 19 nie będzie odpowiedniego rozwarcia, robimy cięcie cesarskie”. Wówczas było mi wszystko jedno. Godzina 19. Rozwarcie powoli zaczął postępować. Pan doktor zawiadomił mnie, żebym wzięła znieczulenie. Po pół godzinie przeszliśmy na salę porodową. Znieczulenia działało, nie czułam już skurczy. KTG wykazało bardzo słabą pracę serca Olusia. Szybka interwencja lekarzy. Pan doktor chwycił za kleszcze. Przerażona patrzyłam, ale nie było czasu na jakiekolwiek dyskusje i przemyślenia, przecież Oni wiedzą co robią. Po dwóch parciach pomocniczych zauważyłam czarną, małą główkę. Zaczęłam płakać. Z radości. Kolejne dwa pomocnicze parcia i synka mam na brzuchu. Cały w wodach płodowych. Nie słyszałam płaczu. Położne zabrały małego, a ja krzyczałam: ”Oluś oddychaj, Oluś oddychaj!” Po chwili usłyszałam głośny płacz. To Oluś. Położna jeszcze na chwilkę mi położyła mi go na brzuchu. Maluszek otworzył oczka. Był taki śliczny. Ta chwila nie trwała długo. Zabrano go na oddział neonatologiczny. Trzeba było przecież ratować mu życie
alt  alt 
Zostałam przewieziona na poziom 5. Cały czas myślałam o moim synku. Była noc, kazałam mężowi jechać do domu. Nie mogłam zasnąć.
Rano przyjechał mąż. Był już wcześniej u Olka. Pozwolono mi go zobaczyć, ale dopiero za godzinę jak przejdzie obchód lekarski. Ta godzina ciągnęł się nieubłaganie.
Nareszcie wsiadłam na wózek ( sama jeszcze niezbyt mogłam chodzić) i pojechaliśmy na dół do synka. Wjechaliśmy do boksu. Stały cztery inkubatory. W środkowym leżał Olek. Łzy same napłynęły mi do oczu. Ze smutku, że mój synek jest chory, z żalu, że nie mogę go przytulić i z radości, że mogę na niego patrzeć. Między jego czarną czuprynką widziałam wenflon. Okropny widok. Taka mała główka i kuta igłami. Spał. Słodko spał. Chciałam tam być cały czas, ale nie mogłam. Tylko na chwile można popatrzeć. Ne można dotknąć, pogłaskać....
Wszystkie wady wykryte prenatalnie potwierdziły się. Na dodatek wykryto jeszcze zwężenie łuku aorty i poszerzenie tętnicy płucnej.
 
alt   alt
 
Po tygodniu Olek przewieziony został na oddział kardiologiczny. Tam przeszedł kolejne badania diagnostyczne.
Poszliśmy na rozmowę z lekarzem. „Państwa synek jest jednokomorowcem. Leczenie jest trzy etapowe. Pierwszą operację będzie miał w okresie niemowlęcy.” Szczerze nie spodziewałam się operacji, miałam nadzieje, że wystarczą odpowiednie leki. Ale teraz już wiem dobrze na czym polega wada naszego synka i długa droga leczenia.
Po czterech tygodniach Olek został zakwalifikowany do pierwszego etapu operacji, która polegała na plastyce łuku aorty i zwężeniu tętnicy płucnej. Pech chciał, że w nocy poprzedzającej dzień zabiegu operacyjnego mały dostaje drgawek. Został odsunięty tego dnia od operacji. Trzeba było zdiagnozować jakiego typu są te drgawki i czy nie ma przeciwwskazania do znieczulenia ogólnego.
Po półtora tygodniu Oluś znowu został zakwalifikowany do operacji. Tym razem niespodzianki nie wyskoczyły. Godzina 9 rano, dziecko na czczo, zdenerwowane, wyczuwał co się wokół niego dzieje. My również odchodziliśmy od zmysłów. Nagle odezwał się telefon pielęgniarek, a po chwili przyszła jedna z nich i powiedziała: „Jedziemy”. Nogi się ugięły. „Pakujemy” Olka w wózek i zwieźliśmy poziom niżej. Przed blokiem operacyjnym „pożegnaliśmy” się z synkiem. Buziak i krzyżyk narysowany kciukiem na jego malutkim czółku. Przytuleni z mężem staliśmy i patrzyliśmy jak zamykają się za synkiem drzwi. Ale to przecież szansa na życie. Jego jedyna szansa. Nie ma innego wyjścia jak interwencja kardiochirurga. Trzy długie godziny mijały siedząc przed blokiem operacyjnym. Wyszedł Prof. Moll-WIELKI CZŁOWIEK! „Operacja przebiegła zgodnie z planem, żadne komplikacje nie wystąpiły.” Profesor zrobił co do niego należało, ale tak naprawdę operacja nadal trwała. Dziecko było w wysokiej hipotermii ( ciało schładzane do 16 stopnie) i w krążeniu pozaustrojowym.
 
alt  alt
 
Minęła kolejna godzina. Zadzwoniliśmy do anestezjologów z zapytaniem o stan zdrowia naszego synka. „Dziecko nie jest na swoim oddechu, musieliśmy odroczyć decyzję domknięcia klatki piersiowej, gdyż spadało ciśnienie”. Dopiero w 5 dobie udało się domknąć klatkę piersiową a w 7 dobie przeszedł na własny oddech. Pomyśleliśmy sobie: „Teraz już nic złego nie może się stać. Przewieziony zostanie na oddział kardiochirurgii ( tam dzieci trafiają po operacji i czekają na wyjście do domu) i do trzech tygodni powinniśmy jechać szczęśliwi do domu. Jednak tak nie było. Olek dostał ostrego zapalenia płuc. Miał taki kaszel jakiego nigdy w życiu nie słyszałam. Miał odsysaną wydzielinę z płuc, zabiegi inhalacyjne i oklepywanie plecków. Czas płynął a Oluś nadal leżał na sali pooperacyjnej. Kilka razy dziennie wykonywaliśmy telefony do lekarzy anestezjologów i zawsze słyszeliśmy jedno i to samo: „ Stan ciężki, ale stabilny.” Niby stabilny, ale ciężki, myśleliśmy. Nie wiadomo było co tak naprawdę to oznaczało.
Po jedenastu dniach w końcu mały został przewieziony na kardiochirurgię. Rano jeszcze nic nie wiedziałam. Poszłam jak zwykle do lekarzy anestezjologów dowiedzieć się o stan zdrowia dziecka. Wyszła Pani anestezjolog: „Może Pani iść na kardiochirurgie i przytulać synka dowoli”. Uradowana pobiegłam w podskokach. Oluś leżał w malutkim łóżeczku. Oczka miał szeroko otwarte i patrzył na mnie. Płakałam z radości, że to już ostatni etap pierwszego etapu. Co prawda na ręce nie mogłam go jeszcze brać, ponieważ był podłączony do aparatury monitorującej, a w żyłach miał drogę centralną. Mały nie umiał ssać. Przez cały czas przebywania na POP-ie był karmiony kroplówkami. Uczył się na nowo. Zjadał tylko po 10 ml. Następnie jak zaczynał więcej jeść to wszystko wymiotował. Robione były w tym kierunku badania czy aby coś poważnego nie dzieje się z żołądkiem. Na szczęście nic złego. Żołądeczek musiał się przyzwyczaić. W końcu przez tydzień był na czczo. Minęły dwa tygodnie. Oluś zaczął wracać do normy. Zjadał coraz więcej. Wymiotował tylko sporadycznie.
Nadszedł ten dzień – 10 czerwiec. Po ośmiu tygodniach walki wracamy do domu. Wszystko już przygotowane. Walizki spakowane. Oluś też gotowy.
Pierwsza noc była pełna strachu. Pierwszy raz mamy w domu dziecko i tylko na nas może liczyć.
Noc przebiegła spokojnie, kolejne dni tak samo.
     alt  alt
 
Minęły 2 miesiące. Przebiegły dość spokojnie. Pojechaliśmy do Łodzi na kontrolę. Mierzymy saturację. Wynosiła wówczas tylko 50-60% (gdzie minimum musi być 80%). Pani doktor powiedziała: „Nie jest dobrze. Olek musi zostać parę dni na oddziale, trzeba porobić badania”. Zostaliśmy na oddziale. Kompletnie nie przygotowana na taką sytuację. Nikt się nie spodziewał, że zostaniemy na oddziale. Okazało się, że otwór między przedsionkowy jest zbyt wąski, jest mały przepływ krwi i trzeba go poszerzyć. Kolejna walka. Po zrobieniu konkretnych badań synek został zakwalifikowany do zabiegu interwencyjnego – cewnikowanie serduszka. Poprzez żyłę główną ma mieć wprowadzony stent rozszerzający otwór. Czekaliśmy teraz na termin. Kolejki były długie, lecz stan Olka pogarszał się. Saturacja niska, duszność, sinienie. Po tygodniu pobytu w szpitalu Oluś poszedł na „cewnik”. Odprowadziłam go do sali, w której miał mieć wykonywany zabieg. Uczucie podobne jak przed operacją. Wielki strach. Troszkę mniejszy, ale zarazem wielki. Trzy godziny czekania. Przyszedł lekarz: „Zabieg się udał. Wstawiliśmy stent między przedsionki, zmniejszyliśmy ciśnienie w płucach i w jednym z przedsionków. Mały jest na własnym oddechu”. Kamień spadł mi z serca. Teraz czekałam, aż wróci na oddział. Wieczorem został przewieziony z powrotem na kardiologię. Wyglądał na bardzo zmęczonego. Oczka miał takie malutkie. W nocy dostał wysokiej gorączki. Razem z pielęgniarkami szybko udał się ją zbić. Rano Olek czuje się jak nowo narodzony. Saturacja w granicach 80-90%, kolor skóry bardziej różowy, apetyt dopisuje i humor też.
Jeszcze tydzień leżeliśmy w szpitalu. Po powrocie do domu wszyscy czujemy się szczęśliwi. Dziękujemy Bogu za wielką opiekę nad naszym synkiem oraz lekarzom, którzy kolejny raz uratowali Olusiowi życie.
Nasz synek mimo tego co przeszedł jest bardzo wesołym i radosnym dzieckiem. Jego uśmiech jest dla nas bezcenny.
Olek będzie jeszcze wiele razy przebywał w szpitalu w Łodzi. Czekają go kolejne dwie bardzo ciężkie operacje. Ale wiem jedno – mój syn to Aleksander Wielki. Taki mały człowieczek a tyle siły ma w sobie. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Każdy jego uśmiech dodaje mi siły i wiary w to, że Olek wyrośnie na wielkiego człowieka i będzie żył długo. KOCHAMY CIĘ Z TATĄ NAJBARDZIEJ NA ŚWIECIE OLUSZKU!!!
 
Agnieszka Pesta
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
tel.: 664 333 852
http://www.olek.hoste.pl/


 
 


Facebook Slider

F

o

r

u

m

Facebook Slider