Drozd Bruno

Bruno Drozd
Wada złożona.

 

 

Cześć Wszystkim! Jestem Bruno. 26.06.2017 wywróciłem mamie i tacie cały świat do góry nogami. Całe szczęście, że moi rodzice wiedzieli, że urodzę się z bardzo chorym serduszkiem, dzięki temu dziś tu jestem i żyję! Nie wiem jak to się stało, bo mamusia i ja bardzo się staraliśmy i dbaliśmy o siebie, gdy byłem jeszcze w brzuszku, ale mam hemodynamicznie wspólną komorę ze skrzyżowaniem dróg napływu, malpozycję naczyń, zrośniętą zastawkę tętnicy płucnej i PDA. Dużo tego i w ogóle tego nie rozumiem. Mama i tata ciągle mi powtarzają, że mnie bardzo kochają i jestem dla nich całym światem i wiecie co? Ja też ich bardzo kocham i nie wyobrażam sobie lepszych rodziców. No to już wiecie kiedy się urodziłem, dokładnie miesiąc później pojechałem na blok operacyjny, a tam moi Wujkowie dokonali cudu, dzięki Nim żyję!  Zrobili zespolenie systemowo-płucne, też nie wiem co to jest, ale dobrze się czuję z tym zespoleniem, a to najważniejsze! Potem  było ciężko, reanimacja, zapalenie płuc, porażona przepona, wcale a wcale nie mogłem sam oddychać, kolejny cud wydarzył się 26.08.2017, to właśnie wtedy Pan Doktor mnie ekstubował i od tego dnia sam oddycham. Na oddziale Intensywnej Terapii spędziłem prawie 41 dni, z czego 26 dni na tym dużym OIOMie, mama mówi, że jest duży, ja pamiętam tyle, że tam mama była ze mną od południa do samego wieczora, bardzo się z tego cieszyłem! 4.09.2017 w końcu zostałem przeniesiony na oddział kardiochirurgii, a tam to już w ogóle cuda się działy! Codziennie przychodził do mnie Wujek Piotr, taki wysoki w okularach i z brodą, polubiłem go, codziennie witałem go uśmiechem! A i Ciocie były tam mega fajne, tylko jak mi sondę zakładały to się trochę na nie gniewałem, ale szybko o tym zapominałem. W końcu nauczyłem się jeść, badania były dobre i mogłem pojechać do mojego domu, stało się to 21.09.2017, mama ciągle szuka zależności, i się doszukała, minęło 26 dni od dnia kiedy zostałem z powodzeniem  ekstubowany do dnia kiedy wyszedłem do domu. W domu jest fajnie! Z mamą i z tatą się przytulamy, rozmawiamy, bawimy się i śpiewamy, no właśnie bardzo lubię piosenkę „Ta Dorotka”, kto z Was nie zna, musi koniecznie posłuchać. Niestety w domu dopadły mnie kolki, znów przestałem jeść, musiałem pojechać z rodzicami do szpitala na kroplówki, mama bardzo się bała o mnie, ale ja sobie poradziłem i szybko doszedłem do siebie. I znów zbieg okoliczności a może tak już to u mnie jest, gdy byłem w domu 26 dni to kolki minęły, tak same z siebie! Bardzo się wtedy ucieszyłem, a mama chyba jeszcze bardziej, widziałem, że już opada trochę z sił, a robiła wszystko co mogła, żeby mi ulżyć, gdy dopadała mnie kolka. Przede mną jeszcze długa droga, muszę przejść operację Glenna i Fontana, cewnikowania serduszka i pewnie dużo innych badań, ale dam radę! 8.11.2017 byłem na kontroli w Łodzi, trochę się cieszyłem, że znów zobaczę znajome twarze, ale na szczęście, tylko na chwilę i wróciłem do domku! 7.12.2017 ciocia zaprosiła mnie na oddział, wcale się z tego nie cieszę, dziś jeszcze nie wiem jak to się skończy, czy tylko obserwacją czy może cewnikowaniem a może nawet operacją. Czas pokaże!

Cześć Kochani, tu Bruno! Muszę Wam sporo opowiedzieć. Ale od początku… czas spędzony w domu był czasem beztroskich zabaw, przytulasów, gaworzenia – o tak, to już umiem. Niestety ten beztroski czas został bardzo boleśnie przerwany. Mama mówiła tak bardzo po cichu do taty, że widzi, że ze mną dzieje się coś złego. Myślała, że ja nie słyszę, ale wiecie, już ja tam dobrze wiem co mojej mamusi w głowie. Słyszałem też, że dzwoniła do Łodzi, do mojej nowej cioci, którą poznałem w poradni kardiologicznej, że chyba już na mnie czas i prosiła, żeby nie przekładać nam terminu przyjęcia na oddział. Trochę się zdenerwowałem, pomyślałem sobie „Co ta mama wyprawia?, Czemu się tak śpieszy do tego szpitala?” Mijały dni, jednego było lepiej, drugiego gorzej aż do 4.12.2017 wtedy mama z tatą znów drżeli o moje życie. W sumie dzień jak co dzień, spanie, zabawy, jedzenie, kąpiel i spanie. No właśnie mamusia mnie wykąpała, o wiecie jak ja bardzo lubię kąpiele, teraz nawet nauczyłem się kopać nóżką i ta woda tak fajnie wyskakuje z wanienki J, byłem już gotowy do spania, przytuliłem się do mamy i zasnąłem. Około 21-tej nagle wszyscy wskoczyli do pokoju, zapalili światło bo ja zacząłem się dusić i wymiotować i wszystko na raz. Mama zadzwoniła po pogotowie, chyba jechali szybko, choć mama i tata ciągle mówili, że się nie doczekamy. Przyjechali, dwóch Panów, wskoczyli do domu z takimi wielkimi walizami, nie wiem co oni chcieli ze mną robić. Tu temperatura, tu saturacje, już prawie mnie chcieli intubować, ale nie dałem się. W końcu zapakowali mnie w ciepły kombinezon i razem z mamą pojechaliśmy karetką do szpitala. Oczywiście i tu nie mogło się obyć bez wpadki, jedziemy i nagle zderzenie, duże zwierzaki wyskoczyły nam na drogę, Pan mówił, że były to dziki i było ich cztery, pełno stresu i w ogóle, ale w końcu dojechaliśmy do szpitala. Tam Pani Doktor powiedziała, że pewnie mam zapalenie płuc, znów kłucie, wenflony, pobieranie badań. Badania nic nie pokazały, byłem w takim małym szpitalu i tam po konsultacjach z ciocią z Łodzi zdecydowano, żeby włączyć antybiotykoterapie a 7.12.2017 karetką miałem pojechać do Łodzi. I w szpitalu dni mijały, a ja byłem coraz słabszy, już się nie uśmiechałem L. W końcu nadszedł 7.12.2017 czekaliśmy na karetkę, ale okazało się, że nie pojedziemy bo w szpitalu jest tylko jedna karetka i pojechała z nagłym przypadkiem do Warszawy. Czekaliśmy jeden dzień dłużej. 8.12.2017 pojechaliśmy do Łodzi i tam też badania. Antybiotyk został nawet dołożyli mi drugi i kroplówki i inne cuda, oj bardzo mi się to nie podobało! Mama czuła, że nie jest dobrze. 12.12.2017 znów trafiłem na ten duży OIOM L załamałem się oddechowo, tętno spadało, tego dnia wieczorem już byłem podłączony do respiratora. 13.12.2017 kolejny trudny dzień, zostałem zakwalifikowany do cewnikowania serca ze wskazań życiowych, rodzicie mieli tylko chwilę, żeby podpisać dokumenty i już mnie zabrali. Ja byłem bardzo dzielny i się nie poddałem. Wróciłem z badania, rodzice na chwilę mogli mnie zobaczyć a poszli do Doktora zapytać co tam się dzieje w tym moim serduszku. Pan Doktor był mocno zdziwiony, powiedział rodzicom, że nie mam lewej tętnicy płucnej i nie wie jak to jest możliwe. Było już późno na dalsze decyzje musieliśmy czekać do kolejnego dnia. Ja dostawałem silne leki i smacznie sobie spałem, mama nie bardzo, czułem, że się bardzo denerwuje. 14.12.2017 Pan Doktor zadzwonił do mojej mamy i prosił by przyjeżdżała do szpitala podpisać zgodę na operację, która ma być już jutro. Mama po rozmowie z Wujkiem Profesorem dowiedziała się, że będę miał naprawioną ta tętnice i jak nic nie stanie na przeszkodzie to od razu będzie też zrobione dwukierunkowe zespolenie Glenna. 15.12.2017 o 13:30 rozpoczęła się walka o moje życie. Wujkowie pracowali kilka godzin, a ja czułem, że jestem w najlepszych rękach. Tuż przed 18-tą Wujek Profesor wyszedł do rodziców i powiedział, że operacja się udała, teraz musimy czekać. Tym razem wziąłem się mocno w garść i 20.12.2017 pozbyłem się respiratora. Bardzo chciałem święta spędzić z mamą i tatą na kardiochirurgii, ale niestety jeszcze nie byłem gotowy. 29.12.2017 nastąpił ten dzień, pojechałem na kardiochirurgię. Aleee tam było fajnie, była mama, tata i ciocie i wiecie Wujek Piotr do mnie przychodził. Szybko się pozbierałem, zacząłem ładnie jeść i już 8.01.2018 byłem w domku. Wujek Profesor powiedział, że ma nadzieję, że spotkamy się najwcześniej za dwa lata. Oby tak było. J no i jak wiecie w domu jest super, rozjadłem się strasznie, mama ciągle biega z mleczkiem mhmmm mniam J oby tak dalej! 13.02.2018 byłem na kontroli mojego serduszka, jakie było zdziwienie w oczach mamy gdy ciocia Profesor powiedziała, że wszystko jest pięknie i następna kontrola dopiero w czerwcu. I tak sobie wróciliśmy do domu, mama trochę się bała, że ta kontrola tak późno, ale z dnia na dzień coraz bardziej się z tą myślą oswajała. Byłem też u kilku innych specjalistów i w sumie za bardzo się nie doszukiwali u mnie problemów. W kwietniu zaczynam rehabilitację, bo wiecie przekręcam się już na brzuszek i z powrotem, trochę się przemieszczam, ale chciałbym już siedzieć i raczkować. Wszystko przede mną. Trzymajcie za mnie mocno kciuki!

 

Całuję Wasz Bruno!

 Serdecznie prosimy o pomoc w zebraniu funduszy na dalsze leczenie Bruna.
 
Pomoc finansową prosimy kierować na konto:
Fundacja Serce Dziecka im. Diny Radziwiłłowej
ul. Narbutta 27 lok.1, 02-536 Warszawa

Nr konta na wpłaty w euro PL 09 1160 2202 0000 0001 2152 1272

SWIFT BIGBPLPW 
 
koniecznie z dopiskiem: ZC 8329 Bruno Drozd
 
1% podatku prosimy przekazać w rozliczeniu rocznym PIT,
w którym należy podać:
 KRS 0000266644
a w polu informacji dodatkowych: ZC 8329 Bruno Drozd